Na tym blogu będę dodawała swoje opowiadania! Zapraszam do czytania i komentowania rozdziałów!
Kategorie: Wszystkie | Darkmoon World | Oczami Kathreen | Ravenheart World
RSS
wtorek, 21 stycznia 2014

Ostatnie chwilę nim, chyba zemdlałam, pamiętam to, że jakaś biała kula uderzyła w mojego oprawcę, odrzucając go kilkanaście metrów ode mnie. Czym lub kim była? Tego nie wiem. Może bym wiedziała, gdybym tak szybko nie straciła przytomności. Widocznie po bitwie, to coś zabrało mnie do domu. Albo po prostu to wszystko mi się przyśniło w co raczej wątpię. Za bardzo było realistyczne, by to nie była prawda. 

Powoli usiadłam na łóżku. Dopiero teraz zorientowałam się, że w rogu mojego łóżka spadł sobie mój króliczek o imieniu Louis. To już zaczynało być naprawdę dziwne, bo nie wiem jakim cudem znalazłam się w domu. Chyba, że potrafię lunatykować podczas spania. A to raczej nie wchodzi w grę, ponieważ ja nie wróciłam do domu.
Więc jeśli nie wróciłam do domu, to gdzie jestem? Czy nadal jestem w tym upiornym lesie? O tym nawet nie chciałam myśleć. A nawet jeśli, to powinnam być martwa, bo chciał mnie zabić. 
A co za tym idzie umarłam, wychodzi na to, ale z drugiej strony …
- Nie umarłaś, żyjesz, nie pozwoliłbym na to.
Znieruchomiałam. Nie wiedziałam skąd nagle wziął się głos, zupełnie jakby czytał w moich myślach. Bo właśnie o tym myślałam, ale skąd mógł wiedzieć?
Powoli obróciłam się wokół własnej osi, w kierunku, z którego dochodził głos. Spodziewałam się zobaczyć jakąś istotę, ale zamiast niej, wpatrywał się we mnie mój królik o niebieskich oczach i srebrno-białym futrze. Wpatrywał się na mnie tak, jakby mi mówił, że nic mi nie jest. Wyraz jego pyszczka wskazywał, że wcale nie żartuje.
Ja: - Nie ja chyba zaczynam wariować! Jakim cudem mógłby mój królik mówić. To absurd.
Może moja podświadomość płata mi figle. Tak, to musi być to, ale z drugiej strony …
Nie byłam pewna tego co usłyszałam, ale ten głos uspokoił mnie i to bardzo.
Ja: - Ale jak ja się znalazłam w swoim pokoju? Przecież nie mogłam się sama teleportować, bo tego nie umiem. To jest jedno, po drugie na pewno zemdlałam, więc jakim cudem …
- Dowiesz się już niebawem, ale bądź pewna, nie jesteś sama. Jestem zawsze z tobą i będę cię chronił i opiekował...
Znowu usłyszałam ten głos. Nie był to mroczny i groźny, wręcz przeciwnie. Był miły i uspokajał. Już na sam dźwięk tego głosu, uspokoiłam się, ale i tak nie pomogło w rozwiązaniu zagadki mojego powrotu do domu.
A jeśli ten głos miał rację, to znaczy, że dzisiaj jest przed dzień nowego roku szkolnego w wymarzonej prze ze mnie szkole.
-Tak właśnie jest. Jeśli się nie pośpieszysz, będziesz miała przechlapane już na wejściu.
I zaraz po tym usłyszałam lekki śmiech.
Ja: - No wielkie dzięki! Trzeba było mi od razu powiedzieć! … Ale tak na marginesie, która godzina?
Szybkim spojrzeniem, spojrzałam na zegarek. Była 8 rano. Miałam tylko nie całą godzinę, by razem z bagażami dostać się do szkoły. Kto się spóźni, nie zostanie wpuszczony i straci możliwość nauki. A tego chyba nie przebolała. A zwłaszcza od kiedy zrozumiałam, że nie jestem taka jak inne dziewczyny.
Wówczas usłyszałam głos mojej mamy.
Mama: Rosalie! Jak się zaraz nie przygotujesz i nie zejdziesz na dół to się spóźnisz!
Wołała przez drzwi.
Nie patrząc co robię i czy coś tratuje, zabrałam ciuchy i pędem wyskoczyłam z pokoju. Gdyby nie zręczność mamy, pewnie by dostała drzwiami. W ostatniej chwili odskoczyła od drzwi, kiedy one z hukiem otworzyły się, a ja wypadłam na korytarz, pędząc niczym formuła 1 do łazienki.
Mama (biorąc się pod boki): I kto by pomyślał ….

Nie minęło około 20 minut, a już byłam praktycznie gotowa. Z piskiem opon, wyskoczyłam z łazienki pognałam na dół, do kuchni. By szybko zjeść śniadanie, i zebrać bambetle i swojego zwierzaka, ze sobą.
Mama: Hey, hey, nie leć tak bo sobie jeszcze jakiegoś guza nabijesz!
Widząc jak wpadam niczym torpeda do kuchni. A za mną fruwały walizki. I nie wiedzieć czemu, w rogu kuchni, tam gdzie mój zwierzak miał jedno ze swoich poduszek, już tam był i przegryzał sałatę, którą mu mała dała do miseczki.
W sumie nie tylko ja się zaczęłam dziwić, jak szybko ten królik się zjawia. I że jest zawsze tam, gdzie jest potrzebny, jakby przewidywał. Mama już od dłuższego czasu patrzy dziwnie na niego, a jemu to nie przeszkadza i robi swoje.
Mama: Czy to tylko moje urojenia, czy ten królik na serio się teleportował, bo sekundę temu go nie było, tego jestem zupełnie pewna.
Zaczynając się denerwować.
Ja: - Nie, mamo, to ja go ściągnęłam, by nie zapomnieć go zabrać.
Kryłam fakt, że wcale go nie przywołałam, sam się teleportował, co już zaczynało być podejrzliwe i za bardzo dziwne. I to jakby wiedział, że chciałam po niego iść do pokoju.
Między czasie przegryzałam chleb z masłem i marmoladą truskawkową. Wlepiając oczy w królika. A ten jak na złość przysiadł na tylnych łapkach i spojrzał się na mnie z łobuzerskim spojrzeniem, przegryzając marchewkę, która trzymał w przednich łapkach.
Louis (w myślach): Gdyby wiedziała co ją czeka … Mało brakowało, aby ta kanalią ją zabiła, nim się kompletnie nie przebudziła. Miał tupet, nie powiem. Ale od teraz będę bardziej ostrożniejszy, to jest pewne. Trochę czasu minie, nim powiem jej prawdę, o jej walce, jak i tym, że to nie jest moja prawdziwa postać. W sumie to i lepsze, bo trochę by czasu minęło by mi uwierzyła. Ale też została sprawa jej mamy, ona nie ma bladego pojęcia o niczym. To już nie moja działka, nadejdzie dzień, kiedy wszystko się wyjaśni.
Zdziwiło mnie to, że wyglądał jakby nad czymś myślał. I było dość skomplikowane, bo zamarł, trzymając marchewkę w łapkach. I niech teraz, rozumiem,. Czemu ludzie uważają mnie za dziwaczkę. Bo kto normalny człowiek, pyta się, czy ich zwierzaki potrafią przemawiać ze zrozumiem do swoich właścicieli za pomocą min? I jakby gestykulacji? 
By ochłonąć, wypiłam spory łyk herbaty. Odstawiłam kubek i wstałam od stołu. Gdy tylko odeszłam od stołu, kątem oka, zobaczyłam, jak królik, macha łapką, a krzesło same się przysuwa do stołu. Stwierdziłam, że mi się to tylko wydaje i spokojnym krokiem zmierzałam do przedpokoju.
Mama: - Córciu, czy mi się zdaje, czy krzesło same się przysunęło do stołu?
Lekko skołowana.
Ja (nie odwracając się): Nie, mamo, wydawało ci się. To pewnie przez zmęczenie.
Nie chciałam przerazić mamy, jeszcze nie teraz.
Mama: A wiesz co? Może i masz rację. Za dużo wczoraj przeżyłam. Zwłaszcza to, że zobaczyłam faceta, z króliczymi uszami, który zaniósł cie do twojego pokoju, mówiąc, że już ci nic nie grozi …
Zmywając naczynia w zlewie …
Zatrzymałam się w pół kroku.
Ja: - Mamo, możesz to powtórzyć, coś powiedziała na końcu?
Głosem niczym jak robot, bo byłam w szoku.
Mama (odkładając ostatni talerz do szafki): To, że wczoraj wieczorem, przyniósł cie do domu chłopak, z długimi włosami i króliczymi uszami, mając chyba sobie mundur, twierdząc, że nic mi nie będzie, dopóki on jest przy tobie. I żebym nie dzwoniła na policje, bo oni nic w tej sprawie nie wskórają, ani na pogotowie, bo nic ci nie jest, bo tylko zemdlałaś z szoku. Tak mi powiedział, nim zaniósł cie na górę do pokoju. I tyle go widziałam. Kiedy wpadłam do twojego pokoju, już go nie było. Zobaczyłam tylko ciebie leżącą w łóżku, i w nogach twoich leżał twój zwierzak. W sumie już tyle dziwnych rzeczy od dłuższego czasu widzę, że jakoś się tym nie przejęłam, o dziwo, jakby to była kaszka z mleczkiem.
Mówiła to tonem, który wyrażał, to, że już nic jej nie zdziwi, nawet to, gdyby mój zwierzak przybrał ludzką formę. I był tym, którego tamtego wieczoru zobaczyła. Przy czym spokojnie usiadła na pobliskim krześle.
To co powiedziała, zamurowało mnie w podłogę w kuchni. Teraz zaczęłam co nieco rozumieć. Nim zemdlałam, zobaczyłam jednak, zarys sylwetki z uszami, ale była zamazana, by dokładnie zobaczyć. Ale jestem tego pewna, że to ta sama osoba, która mnie uratowała, wczoraj w tym ponurym lesie. Choć część moich pytań, moja mama właśnie mi, nieświadomie pomogła rozwiązać, pozostało kilka, które jeszcze nie rozwiązałam, ale czułam, że zbiegiem czasu zostaną one rozwiązane, i może mi się to wcale nie spodobać.
W sumie jak na razie się tym nie przejęłam, będzie co będzie.
Ja: - Dzięki mamo, że powiedziałaś, bo właśnie się zastanawiałam, jakim cudem wróciłam do domu.
Idąc do przedpokoju.
Mama: Nie ma sprawy, ale jak spotkasz tę osobę, to podziękuj jej.
Powiedziała to spokojnym głosem, jakby co dzień facet z króliczymi uszami przynosił mnie do domu. Co mnie trochę zdziwiło, ale zdenerwowało zarazem.
Ja: - Oczywiście, że tak zrobię, gdy go spotkam.
Tak jakbym na pewno go spotkała, w co wątpię. Ale to miało się niebawem zmienić.
Królik już siedział w swoim koszyczku i czekał z postawionymi uszami, rozglądając się na około, jakby czegoś szukał lub sprawdzał, czy wszystko zabrałam ze sobą.
Mama: - Jeśli ci się uda, daj znać jak poszło! I kiedy znów będziesz mogła zajrzeć do domu.
Podchodząc do mnie.
Ja: - Oczywiście, że dam jakoś znać, jak było. O to się nie martw. Pozdrów ojca, ode mnie.
Przytulając się do niej.
Mama: - Miłej drogi, kochanie. A ty nicponiu, miej na nią oko.
Ostatnie zdanie skierowała do królika, który skinieniem łebka, odpowiedział, żeby o nic się nie martwiła. Lecz tym się nie przejęłam.
Z sercem w gardle, wyjęłam list, który dostałam ze szkoły. Otworzyłam go ponownie, wyjmując, jakby pocztówkę. Na odwrocie jej napisane było: „Aby dostać się do szkoły, połóż kartkę na podłodze i powiedz stając na niej: Do Altei!”
Zrobiłam tak jak pisało. Ledwo ja położyłam, kartka powiększyła się do rozmiarów sporego dywanu. Nie chętnie, wzięłam swoje bagaże i stanęłam na niej. Nie będąc pewna czy dobrze mówię powiedziałam.
Ja: - Do Altei!
Poczułam ze zaczynam spadać w tak jakby przepaść. Chciałam krzyknąć, ale nic z moich ust się nie wydobyło. Ogarnęło mnie przeraźliwie jaskrawe kolorowe światło. Myślałam, że spadam całe wieki, ale to była zaledwie chwila. Nim się spostrzegłam wylądowałam na jakiejś polanie w środku lasu. 
Pomyślałam sobie, że z jednego ucieka, do drugiego ląduję? Ale po rozejrzeniu się, stwierdziłam, że nie wyczuwam złowrogiej mocy ani energii, lecz przeciwnie. Po otrzepaniu się, z niby pyłu, i sprawdzeniu, czy nic sobie nie zrobiłam, i że wszystko mam, wzięłam bagaże i koszyk i ruszyłam przed siebie.
I w sumie dobrze zrobiłam, bo na miejscu, w którym ja uprzednio wylądowałam, wylądowała jakaś dziewczyna. W porównaniu ze mną, jednak lepiej jej to wyszło, nie co.
Widząc mnie, pozbierała porozrzucane walizki i podbiegła do mnie.
Rosalie: - Myślałam, że tylko ja się tutaj zjawię, całe szczęście!
Zatrzymując się około metra prze de mną.
Ja: - Ty też do tej szkoły?
Wypaliłam, co mi ślina na języku.
Izumi: - Tak, dopiero co się zapisałam.
Będąc podekscytowaną.
Ja: - To tak jak ja. Miło mi poznać, jestem Rosalie Ravenheart, a ty?
Podając rękę na powitanie.
Izumi: - Miło mi, jestem Izumi Fujimoto.
Ściskając moją dłoń.
Mnie zatkało.
Rosalie: - Ale jakim cudem my się rozumiemy?
Lekko skołowana.
Izumi: - To normalne w Świecie Magii. Nie wiedziałaś o tym?
Zdziwiona moją niecodzienną reakcją.
Ja: - Na to wychodzi, że chyba pochodzę z nie magicznego świata, bo inaczej pewnie bym wiedziała.
Lekko speszona. Kręcąc butem w miejscu.
Izumi: - Nic nie szkodzi, to normalne, nikt cie za to tutaj nie będzie karał. Wiele uczniów, z tego co wiem, jest takich jak ty, więc nie będziesz rodzynkiem.
Uśmiechnęła się promiennie w moją stronę.
Ja: - A tak na marginesie? To gdzie jest szkoła?
Rozglądając się wokół siebie.
Izumi: - Szkoła jest, tuz za tym wzgórzem. Jak się nie pośpieszymy, będziemy mieć przechlapane.
Zabierając rzeczy i ruszając przed siebie.
Ja: - Oh, masz racje, zupełnie zapomniałam.

Szybko pozbierałam walizki i koszyk i ruszyłam za nowo poznaną dziewczyną. Ruszyłam ku nie znanemu światu, ku nowej przygodzie.
_________________________________
No, troszkę prędzej jest ten rozdział niż miałam dać. Został jeszcze jeden do dodania dzisiaj ^^ A tak mogą się pojawiać co 3-4 dni, to nie jest łatwe pisanie 3 opowiadań na raz ^^

Wcisnęło mnie w krzesło. Zupełnie nie mogłam uwierzyć to co usłyszałam. Byłam w szoku. Jeszcze kilka godzin wcześniej, rozmawiałam z mamą i ojcem. Widziałam ich promienne uśmiechy na twarzy. A teraz ...

Nie mogłam wydusić ani jednego słowa. W oczach miałam łzy. Dotąd twierdziłam, że okazywanie uczuć poza domem, to słabość, myliłam się ... 

Nic nie przychodziło mi do głowy, zupełna pusta, jakby wszystko to co było dla mnie ważne, zniknęło, ulotniło się. Jakby było tylko snem, nie ważnym epizodem, czymś frywolnym.

W końcu udało mi się coś powiedzieć.

- C-co - j-ja m-mam t-teraz z-robić?

Głos mi się trząsł, a łzy nie chciały przestać płynąć. W końcu zakryłam twarz dłońmi, i rozpłakałam się na dobre.

Wychowawczyni nie wiedziała co ma robić. Pierwszy raz w jej karierze zawodowej takie zdarzenie miało miejsce. Podeszła do mnie i położyła mi rękę na ramieniu.

Wychowawczyni: Wiem, że to bardzo trudne, ale to co się stało się nie odstanie. Nie zwrócimy im życia ...

Ja: - Łatwo pani tak mówić!

Wybuchłam niczym wulkan.

Ja: Jeszcze dzisiaj rano z nimi rozmawiałam! Nic nie wskazywało na to! Co za idiota to zrobił! Mam nadzieję, że go złapali i wsadzili do więzienia!

Wrzeszczałam jak opętana.

Dyrektorka: - Spokojnie, panno Bloomwood, sprawca został złapany, ale to jeszcze nie koniec ...

Miała smutną minę.

Ja: - Doprawdy?! Co ja mam teraz zrobić! Gdzie mam się podziać?

To było trafne pytanie. Dyrektorka i wychowawczyni milczały.

Ja: - No pięknie ... Całe moje marzenia szlag trafił! Całe moje życie, to czysta pomyłka!

Ze złości zacisnęłam pięści, i zagryzając język, by nie palnąć głupoty.

Dyrektorka: - Wiem jedno, że ktoś po ciebie niedługo przyjedzie, i pomoże ci to wszystko ogarnąć ...

Patrzyła na zegarek, jakby na kogoś czekając.

W myśli kłębiły mi się różne dziwne rzeczy i myśli. Jakby ktoś specjalnie chciał wszystko zniszczyć, by tylko nic się nie stało. To było dziwne, ale i tajemnicze. Od dłuższego czasu wydawało mi się, że coś jest nie tak. I miałam rację. Ale co temu komuś dało, że zabił jej rodziców. Ale kiedy sobie przypomniała, że jednak miała jechać z nimi dzisiaj, przeszedł ją dreszcz ze strachu. Gdyby nie powiedziała, że ma ważne egzaminy, i że musi zostać w domu, pewnie i ona by była teraz martwa. W oczach miała grozę, z jednej strony płakała za stratą rodziców, z drugiej strony bała się, że i ją czeka to samo, za coś czego nie zrobiła. 

W końcu stwierdziłam, że mam już za bujną wyobraźnię, i po prostu umysł płata mi figle, bo ta wiadomość była za bardzo szokująca, i nie byłam przygotowana na coś takiego. Nikt przecież nie jest na coś takiego przygotowany. 

Niedługo potem, tak jak powiedziała pani dyrektor, ktoś zapukał do drzwi gabinetu.

Dyrektorka: - Proszę wejść!

Powiedziała spokojnym, acz zdenerwowanym głosem.

Do gabinetu weszła kobieta około lat 30, elegancko ubrana.

Michiyo: - Wybaczą panie za spóźnienie, te okropne korki o tej godzinie. 

Wchodząc do gabinetu.

Michiyo: - Jestem, Michiyo Tanaka, i zostałam wybrana przez rodziców Kathreen na wszelki wypadek, gdyby im się stało, jako opiekun, nim zdołam odszukać dalszą rodzinę, by mogła się do nich przeprowadzić.

Powiedziała, lekko nerwowo.

Dyrektorka: - Bardzo mi miło panią poznać, pani Tanaka.

Kłaniając się.

Michiyo: - Ależ oczywiście, mnie też miło poznać.

Siedziałam na krześle nic nie mówiąc. Próbowałam zatamować łzy, i złość, że nic nie mogła zrobić, by tego uniknąć. Rodzice nigdy nie mówili jej, o dalszej rodzinie,. Wyglądało to tak, jakby jej nie mieli ... To było zastanawiające, ale też i niepokojące. Jeśli nie znajdą nikogo z dalszej rodziny, wyląduje w Domu Dziecka, a to jej się nie uśmiechało, za bardzo.

Po chwili spytałam: - Co ja mam teraz zrobić? Jeśli rodzice nie mieli dalszej rodziny? Bo nigdy o nich nie mówili.

Byłam śmiertelnie poważna, jak na swój młody wiek. Co trochę śmiesznie wyglądało, jak tak mówiłam.

Michiyo: - Spokojnie, masz szczęście, nie wszystko stracone. Nie musisz się obawiać, że zostaniesz sama. Ale o tym powiem ci za jakiś czas, jak się uporasz z szokiem po stracie rodziców.

Powiedziała spokojnym głosem.

Wtedy wtrąciła się wychowawczyni.

Wychowawczyni: - Mam nadzieję, że tak będzie.


Dyrektorka spiorunowała wychowawczynię, która zamilkła i już nic więcej nie powiedziała.

Jak dla mnie to było dość, dziwne ... Jakby coś przed nią ukrywali. Ale co? To było zastanawiające. Ale w jednym się nie myliła, musiała się z tym pogodzić, to było priorytetem, reszta mogła poczekać. Przecież nie dostanie nóżek i nie ucieknie. 

Tylko co dalej? Ta cała Michiyo Tanaka, wydawała jej się trochę podejrzana, ale jak na razie nie miała za dużo podstaw by to powiedzieć na głos. Poczekamy, to zobaczymy. Stwierdziłam w myślach. 

Ale jedno nie dawało mi spokoju. Co miały znaczyć słowa mamy rano: "Jeśli coś się stanie, nie będziesz sama. Nie chcieliśmy, ale poznasz pewną prawdę."

Co miało to znaczyć? Jaką prawdę? I czemu dopiero, gdy im się miało coś stać, dopiero miła się dowiedzieć. To już zaczynało być przerażające. Ale i prawdziwe. Niedługo pozna całą prawdę, i tego się bała najbardziej. Bo czym ona miała by być? To było dopiero pytanie.

Niedługo potem pani dyrektor zwolniła mnie z reszty lekcji. Stwierdziła, że w takim stanie, jest to niemożliwe. I miała rację.

Zaraz po tym udałam się za panią Tanaka. I prawie siadłam z wrażenia, jak zobaczyłam najnowszy model ferrari stojący na parkingu przed szkołą.

Do siebie: - Co to za kobieta?! O Matko Jedyna!

Stanęłam jak wryta, nie wierząc własnym oczom.

Michiyo: - No co tak stoisz? Wsiadaj, zabiorę cię do domu.

Kładąc ręce na biodrach ze zdziwienia.

Ja: - Ta... Dobrze ...

I niedługo potem ruszyłyśmy w kierunku domu Bloomwood'ów.

CDN.

___________________________

Jeśli są jakieś błędy, pisać, nie gryzę, to stare opowiadanie, i mogę wszystkiego nie wyłapać ^^ Mam nadzieję, że się podobało. Pierwszy rozdział drugiego opowiadania ukaże się koło 18.

Miłego czytania :)

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Nic nie wskazywało na to, co się stanie niedługo. Wówczas usłyszały głos dyrektorki szkoły, by Himeko Bloomwood, stawiła się na dywanik, i to bardzo pilne. Hime była przerażona, wiadomo, była dobrą uczennicą i nigdy niczego nie przeskrobała, na tyle by wylądować w gabinecie dyrektorki. Chcąc nie chcąc, powlokła się, zabierając rzeczy i chowając swój lunch. Już na wejściu zaczęła mieć bardzo złe przeczucia, które jak widać sprawdziły się, i to było najgorsze ...
Nieśmiało zapukała do drzwi.- Proszę wejść!

Usłyszała głos dyrektorki. Powoli, ważąc kroki weszła do środka.


Pani dyrektor: - Proszę usiąść.


Himeko: - Ale ja nic...Próbowała się bronić.


Pani dyrektor: - Tak wiem, ale lepiej byś usiadła, nim to powiem.


Zaraz potem wpadła wychowawczyni Himeko, pani Matsuda.


Wychowawczyni: Wielkie nieba!Załamując ręce.


Himeko: - Co się stało?Zdziwiona, i zdenerwowana zarazem.


Dyrektorka: Muszę z przykrością powiedzieć ci, że twoi rodzice mieli wypadek samochodowy, podczas podróży i niestety, nie żyją ...


Himeko: ŻE CO?!


Cdn.


______________________________________________

Matko! Właśnie odnalazłam swoje stare opowiadanie o.O Do którego napisałam w sumie 11 rozdziałów o.O Po przeglądzie stwierdziłam, że wznowię jego pisanie. Co kilka dni będą się ukazywały 3 notki, czyli po 3 rozdziały 3 opowiadań. Nie chce mi się zakładać nowego bloga ...

Biegłam przez upiorny las. Tak jakby coś mnie ścigało. Było ciemno i zimno. Gdzieś w oddali widoczne było słońce, a może księżyc? Nie zastanawiałam się jednak zbytnio nad tym. Musiałam biec, biec by uciec, przed czymś, lub kimś, kogo nie chciałam nigdy więcej widzieć. Za dużo mnie kosztowało, zaufanie tej osobie, która w tak bez szczelny sposób zdradziła mnie i mój sekret.


Sekret nie tylko mój, ale i mojej rodziny. Teraz dopiero zrozumiałam, jaka podła była ta osoba, ale ja głupia zignorowałam wszystkie możliwe przeczucia i dałam się wciągnąć w jego grę. Widziałam jak całe moje dotychczasowe życie przebiega mi przed oczami. Chciałam płakać, ale musiałam być dzielna.


Musiałam być dzielna, by móc zdobyć siłę, aby go zniszczyć, by już nikogo więcej nie skrzywdził. Tego byłam pewna i świadoma. Już z daleka czułam tę niewyobrażalną złą moc, której się wszyscy tak bali.

W takim stanie jakim byłam, nie byłabym zdolna nic mu zrobić. A tym bardziej pokonać go. Czułam jakbym biegła i biegła bez końca. Drzewo, za drzewem mijałam. Musze jak najszybciej uciec z tego lasu. Tym dłużej tu jestem, tym mniejsze miałam szanse.


Dopóki tu jestem, jestem skazana na jego łaskę, co się kończy oczywiście śmiercią. Cały las emanował złą energią. Wiedziałam jedno, nie tak chciałam kończyć ostatni dzień wakacji, tego byłam pewna. Od jutra miałam zacząć nowy rok szkolny, w wymarzonej szkole dla czarodziejek. Tam dopiero nikt by mnie nie nazywał wariatką i dziwakiem, czego tak bardzo od kiedy pamiętam pragnęłam.


Dodając, że sporo czasu zajęło mi przekonanie rodziców, że to dobry pomysł. Tam miałam dopiero możliwość rozwinąć swoje zdolności.

- Nie poddam się!
Mówiłam do siebie po cichu.


Wówczas zobaczyłam, że las się kończy. Wiedziałam, że uda mi się z tego przeklętego miejsca wyrwać się. Nagle usłyszałam głos, którego tak się bałam.

Był to głos, cichy, złowrogi i mroczny:
- Jeśli myślałaś, że mi uciekłaś, to się mylisz …


Zamarłam, ogarnął mnie przeraźliwy chłód. Wiedziałam, że jestem za słaba, ale nie chciałam się poddać bez walki. Nie mogłam mu tak łatwo wygrać. Wówczas pojawiło się jasne światło, które zmiotło mojego oprawcę z dala ode mnie.


Nie wiedziałam, co to było, lub kim był, ale jednego byłam pewna, ten ktoś przyszedł mi z pomocą. Świat się zaczynał rozmazywać, wszystko kręciło się na około. Czułam, że tracę przytomność. I nie myliłam się, co do tego.

_____________________________________
To moje inne opowiadanie, które zaczęłam, ale nie skończyłam o.O Postanowiłam dodawać oba na tym jednym blogu ^^ Będą się rozdziały pojawiać na wymiennie ^^

Nie różniłam się od innych ludzi, pod żadnym względem, lecz to tak się wydawało. Musiałam pilnować by nikt, ze zwykłych ludzi, nie poznał mojej tajemnicy. Co nie było raczej łatwe. Nie chciałam by ludzie się mnie bali, ale po części nie było mi to dane, przez to z kim się zadawałam.

No bo jak tu tak ująć, moi znajomi całkiem normalni to nie byli, choć ja w tym gronie byłam najmłodsza, o zgrozo. Jedyną przyjaciółką jaka miałam była Sara, pozostała 5 to faceci o dziwnych upodobaniach, ale o tym napisze, kiedy trzeba będzie.

Piszę te historię, ponieważ, nie chcę ani jednej minuty z tego wszystkiego zapomnieć. Wiem to dziwne i nie zrozumiałe, ale z czasem da się to wszystko rozwikłać i zrozumieć. Wszystko byłoby po staremu, gdyby nie nadszedł ten najbardziej niechciany  dzień w mim życiu.

Od tego dnia, wszystko się zmieniło, zmieniło się też moje podejście do świata, który mnie dotąd otaczał i do ludzi wokół mnie się znajdujących. Jak również ten dzień przyniósł mi nie tylko smutek, ale też i radość, lecz też kompletny szok, którego nie mogłam przetrawić przez kilka kolejnych dni.

Dotąd moja mama twierdziła, że mój ojciec nie jest znany, a tu wyszło, że jest inaczej niż mówiła. A była to wina jej rodziców, którzy za nic nie chcieli bym dowiedziała się prawdy, ale teraz jest inaczej …

Osoba, którą podziwiałam okazała się tą osobą, która chcąc, nie chcąc, będzie musiała mieć przyśpieszony kurs, jak to być rodzicem. I przez to wiele rzeczy wyjaśniło się, jak i moje dziwne upodobania. Ktoś z boku powiedział na głos, myśląc, że nie słyszę: „Wypisz, wymaluj, jak ojciec!”

Dotąd tego nie kumałam, ale teraz już się wszystko wyjaśniło, ale po kolei …

——————————————————

No i jest, wiem trochę dziwny i lekko nie wiadomo, o co biega, ale spokojnie, 

wszystko pomału będzie wyjaśnianie z każdym rozdziałem.

Mam nadzieję, że się wam podobał, i czekam na komentarze.

 

1 , 2 , 3 , 4