Na tym blogu będę dodawała swoje opowiadania! Zapraszam do czytania i komentowania rozdziałów!
Kategorie: Wszystkie | Darkmoon World | Oczami Kathreen | Ravenheart World
RSS
środa, 05 lutego 2014

Tak jak przypuszczałam. Bracia wrócili do domu. Nastała kompletna cisza. Nie wiedziałam co mam robić. Czułam się jak mysz w szklanej pułapce. A Kasumi i Setsuna nie pomagali mi w tym ani o jotę, lecz przeciwnie, jeszcze bardziej mnie denerwowali. Ale na to by ich uspokoić siły już praktycznie nie miałam. 

Ręce opadły mi już z bez silności. Takiej pary idiotów, to w życiu nie widziałam. Nie mogłam zrozumieć ich zachowania. Zachowywali się tak, jakby nic ich nie obchodziło. Zupełnie jakbym wyparowała co najmniej. Tylko oni byli najważniejsi i ich głupia sprzeczka.

Tylko wzięłam się pod boki i patrzyłam tępym wzrokiem jak obaj się kłócą zajadle. Byłam tak wyprana z emocji, że patrzyłam na nich jakbym ich nie widziała. Albo byli co najmniej przezroczyści.

Kasumi: To twoja wina! Ty zakichany lalusiu!

Wkurzony już na maksa. 

Setsuna: Uważasz, że to moja wina za całą obecną sytuację?

Zrobił się czerwony ze złości, a włosy chodziły niczym małe świdry XD

Kasumi: A żebyś wiedział! Najlepiej będzie jak znikniesz z mojego i Katie widzenia!

Gotowy do bitwy.

Setsuna: W twoich durnych snach!

I tym razem doszło do rękoczynów, bo widać słowna potyczka im nie starczyła.

Jak na razie było mi to obojętne. Do czasu, kiedy nagle usłyszałam, że coś się tłucze. A kiedy się odwróciłam, zobaczyłam, że mój ulubiony wazon na kwiaty poszedł w drobny mak, to dostałam ataku furii.

Zaczęłam głośno hiper wentylować, i złapałam się najbliższej szafki. Kas i Setsu zamarli w połowie walki. Dopiero teraz zorientowali się co zrobili. Próbowałam się uspokoić, ale nie mogłam. To był mój ulubiony wazon. Jak oni śmieli! Dostałam go na 9 urodziny.

Próby uspokojenia się, nic nie dały, tylko jeszcze pogorszyły sprawę. Tego już było zupełnie za dużo. Miarka się przelała. I to było w stu procentach pewne.  Spojrzałam się na nich wzrokiem mordu.

Ja: COŚCIE DO CHOLERY ZROBILI! MÓJ UKOCHANY WAZON! TERAZ TO SIĘ WAM SKURWIELE DOSTANIE! JEŚLI MYŚLICIE, ŻE UJDZIE WAM TO NA SUCHO, TO SIĘ MYLICIE!

Wrzasnęłam pełna furii. Zaciskając pięść i sięgając po parasolkę, która w moich łapkach zamieniła się w miecz. Do tego miałam taki wyraz twarzy, że lepiej było wziąć nogi za pas. Wzrok bazyliszka, to był zaledwie mały pikuś, przy mojej rządzie krwi.

Ruszyłam na nich niczym rozwścieczony nosorożec, ziejąc po drodze ogniem, niczym smok. Kasumi i Setsuna spojrzeli się na siebie i piskiem.

Kas & Setsu: CHODU!

I obaj z impetem ruszyli do wyjścia. Bo co innego mieli zrobić? To było jedyne rozwiązanie, na ten koszmarny moment. Z trzaskiem otworzyli drzwi do garderoby, które wyleciały z zawiasów i walnęły o ścianę. Pędem wypadli na korytarz.

A ja zaraz tuż za nimi. A jakby miało być inaczej. W ataku furii chciałam ich obedrzeć ze skóry i jeszcze nie wiem co jeszcze. Taka była wściekła. Wszystko inne bym im wybaczyła, tylko nie mój drogocenny wazon. Przegięli i to bardzo.

W tym czasie bliźniacy, siedzieli sobie spokojnie na dole w salonie. Na szczęście nos Matt’a nie był złamany. Całe szczęście, bo dopiero by była jazda, gdyby tak było. Nawet nie chcieli o tym myśleć.



Keith: Całe szczęście, że jednak nie masz złamanego nosa.

Popijając herbatę siedząc na kanapie.

Matt: Masz rację, całe szczęście, nawet nie chciałbym myśleć, gdyby tak było. Obłęd.

Upijając łyk herbaty, siedząc na fotelu, nie opodal brata.



Wówczas usłyszeli okropny łomot, jakby się coś stłukło. A zaraz potem krzyk Katuś, wrzeszczącą, że zaraz kogoś pozabija, za coś, ale za co to nie usłyszeli dokładnie. I nim chcieli odstawić swoje herbaty i pójść zobaczyć, co się stało usłyszeli okropny trzask otwieranych drzwi na piętrze, które z hukiem walnęły o ścianę,  a zaraz potem  stłumiony tupot 2 par nóg przez dywan na korytarzu.

Jak również tuż za nimi tupot jednej pary nóg, niczym jakby szarżował bojowy nosorożec co najmniej.


Keith & Matt: Co do licha?!

Chcieli się podnieść, ale nie zdążyli, ponieważ do pokoju wpadł Setsuna, za nim Kasumi. I mieli miny, jakby ktoś czyhał na ich życie. Z trzaskiem zamknęli drzwi od salonu. I oparli się o nie. Dysząc jakby przebiegli maraton ze dwa razy.

Setsu: Moim zdaniem te drzwi ją nie zatrzymają ….

Miał przerażona minę.

Kasumi: Co ty nie powiesz! Mądralo Blond Loczkowa!

Wysyczał przez zęby.


Obaj zaparli się rękami i nogami, by tylko nie wpuścić rozwścieczonej Katuś do salonu. Ale ledwo to zrobili, usłyszeli głos Katuś zza drzwi.

Ja: Jeśli myślicie, że te marne drzwi mnie zatrzymają, to się kotki mylicie!


Wtedy nastąpił okropny huk, i drzwi wyleciały z zawiasów, a Setsuna wpadł na Keith'a, wytrącając mu filiżankę z herbatą. Kasumi wpadł zaś na Matt’a, wylewając na niego gorącą herbatę.


Drzwi, które wyważyłam przeleciały nad bliźniakami, Setsuną i Kasumi’m. Zatrzymując się na ścianie, zwalając przy tym z niej wszystkie obrazy i inne rzeczy.


Matt: Aua! Coś ty zrobiłeś idioto!

Wkurzony na maksa.

Keith: Moja herbata, patrz gdzie lecisz!

Oburzony co nie miara.


Kasumi & Setsuna: Przepraszam, ale Katuś wstąpił duch mordercy i chce nas zabić!

Pisnęli, zbierając się na nogi, bo już tuptałam w ich kierunku.


Ja: WY, PASKUDNE NISZCZYCIELE NIE SWOJEJ WŁASNOŚCI! JAK ŚMIELIŚCIE ZBIĆ MÓJ UKOCHANY WAZON. JAK ŚMIELIŚCIE! ZARAZ POŻAŁUJECIE TEGO CO ZROBILIŚCIE! JAK WAS SKRÓCĘ O POŁOWĘ!

Głosem, który nawet umarłego by wystraszył. A spojrzenie miałam takie, które mówiło same za siebie.


I tak zaczęłam ganiać ich po salonie, przewracając przy tym bliźniaków, którzy lekko, nie wiedzieli co tu się właściwie dzieje. I mieli prawo, bo dopiero co wrócili ze szpitala.


Do kompletu wymachiwałam mieczem, który nagle zmienił się karabin maszynowy, albo coś w ten deseń. I zaczęłam strzelać w ich kierunku.


Ja: POWYSTRZELAM WAS JAK KACZKI I ZROBIĘ Z WAS SITO!

Wrzasnęłam, strzelając praktycznie jak snajper, patrząc przez celownik. 

Nie zwracając uwagi, w kogo celuję.


Matt: Nie wiem, co tu się dzieję, ale Katuś chyba już nie kontroluje tego co robi!

Skacząc, jakby tańczył na lodowisku co najmniej. Pod ostrzałem artyleryjskim, ze strony Katuś.

Bliźniacy i ta feralna dwójka, uciekali, by się gdzieś schować, bo jeśli tu zostaną, to ich powystrzela to pewne.


Odprawiając taniec świętego wita, z jazdą na lodzie, uciekali jak mogli najszybciej przede mną. Całe szczęście, że gosposia wyszła po zakupy, bo inaczej kiepsko to by było. Naprawdę.


Matt (uciekając, i robiąc skok do góry): Coście jej zrobili, że ją taki szał opętał?


Kasumi: Chyba stłukliśmy jej ulubiony wazon, tak sądzę …

Robiąc skok w bok przed kulą.


Keith (robiąc salto): W mordę, Hime, na serio chce nas wszystkich zabić!


Cała czwórka pędem wpadła do piwnicy. Robiąc po drodze gwiazdę i inne ćwiczenia gimnastyczne w połączeniu choreografią dla czirliderek o.O Tylko pomijając pompony.


Matt: Coś ty powiedział?!

Będąc w nie małym szoku.


Setsuna: Powiedział, że stłukliśmy przypadkiem jej ulubiony wazon.

Przekąsem w głosie.


Kiedy barykado wywali się w piwnicy. Bo to było jak sądzili jedyne miejsce, gdzie możliwe uda im się przeżyć, do czasu, kiedy Katuś przestanie się wściekać.


Przestawiając po drodze wszystkie sprzęty, by móc się jakoś ochronić. W końcu znaleźli jakąś klapę w podłodze, której wcześniej nie widzieli, bo nie było jej na planie domu. A byli tego pewni, ale nie w stu procentach.


Keith: Szybko, nim odkryje, że tu jesteśmy! 

Szepnął do reszty. Otwierając klapę w podłodze. I cała czwórka wskoczyła do środka. I Keith zamknął klapę za sobą. 


Setsuna: A jeśli nas tu znajdzie! To nas ubije, jak matkę kocham!

Pisnął przerażony.


Kasumi: Zamknij, te przebrzydłą jadaczkę, bo na serio nas znajdzie, przez te twoje jęki!

Sycząc mu nad uchem.


Setsuna: Ale ja się boję!

I dalej jęczał.


Kasumi: W mordę! Facet jesteś, czy kurczak!

Zatykając usta Setsunie.


Setsuna coś niewyraźnie wymamrotał, ale nic nie dało się z tego wywnioskować, bo Kasumi skutecznie go zatkał.


Kasumi: I od kiedy Katuś ma pozwolenie na broń palną?

Zdziwiony, cicho.


Matt: A o to oto nas nie pytaj, bo nie wiemy, na serio.

Zastanawiając się.


Keith: Prawda, o tym nie wiedzieliśmy, że potrafi posługiwać się bronią palną.

Również zdziwiony.


Niedługo po tym usłyszeli skrzypienie podłogi, i czerwone światło lasera, który namierzała ich wcześniej Katuś. Zamarli, praktycznie ani drgnąc. Twierdzili, że to trwało całe wieki. A nie kilka minut, jak sądzili.


W tym czasie, Katuś zeszła już do piwnicy. Spokojnym krokiem przemierzała ją, jakby wiedziała, gdzie ich szukać, ale pewna tego wcale nie była.


Ja (do siebie, cicho): Gdzie ich wcięło? Nie mogli tak po prostu wyparować. Ani tym bardziej się teleportować, wyczułabym to. Skubańce jedne, tylko ja was dopadnę ...


Dalej przeszukując każdy zakamarek piwnicy. Wówczas weszłam na klapę, której nie zauważyłam, bo była niewidoczna, dla tych co nie wiedzieli o jej istnieniu. A takim byłam ja.


Nagle poczułam, że podłoga pode mną się ugina, nie wiedzieć czemu. To było naprawdę dziwne, bo przed chwilą tego uczucia nie miałam.


Ja(w myśli): Co do cholery! To przecież nie są ruchome piaski! Nie jestem na pustyni, ani w dżungli, co jest?


Ledwo o tym pomyślałam, poczułam, że podłoga się zarywa pode mną i poczułam, że lecę.


Ja: KYAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Podłoga pode mną się zapadła z wielkim hukiem i oparach tynku i i kurzu spadłam z łomotem na coś miękkiego, ciepłego, i oddychającego.


Chwila, co ja pomyślałam? A, tak, oddychającego. ŻE CO?!


Z trwogą otworzyłam oczy, i zorientowałam się, że znokautowałam moich braci, Setsune i Kasumiego, bo wylądowałam na nich.


Teraz dopiero zorientowałam się o co chodzi.


Kasumi(dysząc): Jezu! Podłoga się zapadła, wszyscy cali?


Nie orientując się, ponieważ leżały na ich belki i innie rzeczy.


Matt: Bywało gorzej, ale jestem cały.

Próbując się wydostać.


Keith: Co ty nie powiesz? 

Z sarkazmem w głosie.


Setsuna: Cieszcie się, że nie spadła na nas jedna z tych ciężkich szaf, które widzieliśmy po drodze.

Tarmosząc się z deskami od podłogi i odłamkami betonu, której teraz już nie było.


Ja: Co do diabła to było?!

Na cały głos, skołowana.


Wtedy rumor pode mną ucichł.

Ja: Dziwne, byłam pewna, że coś pode mną się rusza, albo to moja wyobraźnia płata mi figla. Ale może lepiej się upewnię.


Próbując podnieść się na nogi, i zamieniając karabin z powrotem w parasolkę. Złość na Kasumiego i Setsunę, zniknął. W sumie zapomniałam, że ten wazon był magiczny, i sam się naprawiał za każdym razem, gdy się go stłukło niechcący. To żeś ja głupia, że o tym zapomniałam, ale widać taka już moja natura, najpierw fiksuję, potem dopiero myślę, a nie na odwrót.

Gdy odwróciłam się, zobaczyłam kawałek tunelu, ale był zastawiony gruzem i deskami, przez które tutaj spadłam. Mój wewnętrzny sensor, podpowiedział mi, że moi bracia, i dwóch idiotów, tuż jest pode mną. Musieli się ukryć się tu przede mną, kiedy byłam w napadzie furii, a potem spadłam na nich, bo podłoga się załamała, nie wiedząc czemu.


Ja: Cholera! Tego to ja już im nie życzyłam! 

I zaczęłam odgarniać gruz, by ich wydostać. Po jakiś kilku minutach udało mi się do nich dokopać.
I z uśmiechem niczym „Kot z Alicji” powiedziałam do nich.


Ja: Heyo! Nic wam nie jest kochani? Ale była jazda!

Tamtych kompletnie zatkało, widząc mój łepek w zrobionej dziurze między gruzem. I nie wiedzieli co mają powiedzieć.


Po chwili.

Ja: Chłopaki, przesuńcie się, bo chcę do was przeleźć!

Wczołgując się przez otwór, który sama zrobiłam. Ale się zaklinowałam w połowie drogi.


Ja: Hey, proszę, bądźcie tacy mili i pomóżcie mi się wydostać, bo się chyba niczym Kubuś Puchatek w norze Królika się zaklinowałam.

Wierzgając nóżkami z tyłu. I próbując się przecisnąć.


Cała czwórka zrobiła oczy niczym talerze obiadowe na mój widok i się dalej nie ruszyli.

Ja: No, ile mam jeszcze czekać? Spetryfikowało was czy co? Nie gniewam się za ten wazon, zapomniałam powiedzieć, że on się sam naprawia, bo jest magiczny. Więc nie ma żadnego problemu. Tylko byłam tak zła, że o tym zapomniałam. I przepraszam, że chciałam wam powystrzelać, ale możecie być pewni, że nic wam by nie było, tylko byście dostali ataku śmiechu i nic więcej.

Próbując im wytłumaczyć, by mi pomogli się wydostać.


Keith & Matt: Doprawdy? A myśleliśmy, że na serio, chcesz nas zabić.

Wkurzeni, i mieli do tego prawo, choć chwilę temu przeszli minuty grozy.


Ja: Tak, na serio, nie kłamię!

Błagalnym wzrokiem spojrzałam się na nich.


Setsuna: I obiecujesz, że nigdy więcej takich numerów nie wykręcisz?

Nadal nie wierząc.


Ja: Tak, obiecuję, już nigdy więcej takich numerów nie zrobię.

Lekko dysząc, z wysiłku.


Kasumi: Niech ci będzie.

Ruszając w moim kierunku.

 

CDN. 

____________________________________________________

No i jest nowy rozdział. Miało go nie być, bo pod poprzednim rozdziałem, nie było żadnego komentarza, ale wiem, że są osoby, które po prostu przeczytają i skomentują potem oba, dlatego i jest. Wiem trochę dziwny, i nie normalny, ale jest. Teraz pewnie będę pisała, dalszą część, bo jak spojrzałam na kolejne rozdziały, to po prostu urwałam w połowie tematu o.O Że tez ja głupia ... Do następnego rozdziału!


niedziela, 02 lutego 2014

Myślałam, że pojawienie się Kasumi’ego, to wyczerpało już limit, który moje nerwy dawały radę wytrzymać. Stwierdziłam, to co mnie nie dobije, to mnie wzmocni. Tylko tak mogłam do siebie przemówić. Pojawienie się jego i tak już komplikowało wiele rzeczy.


Ale to nie był koniec koszmaru, jak przypuszczałam obecnie. Najnowszy koszmar dopiero miałam poznać.
Tępo patrząc przez okno i stojąc nieruchomo. Było słychać aż brzęczenie muchy. To wszystko  dla mnie wydawało się dość podejrzane, i miałam prawo być nieufna. 

Kasumi: Wiem, że nie jesteś zadowolona, będzie co będzie. Nie pozwolę by ktokolwiek cię skrzywdził. Tego jednego możesz już teraz być pewna.

Stojąc za mną, bezradnie. Widząc, że walczę ze sobą. I wcale nie jest mi to na rękę.

Ja: Ty nic nie rozumiesz … Nie masz pojęcia co ja czuję, i co myślę o tym wszystkim!

Odwracając się nagle.

Kasumi: Rozumiem doskonale, nie musisz wrzeszczeć! Przecież stwierdziłaś, że masz dość wrzeszczenia na jakiś czas.

Stwierdził, spokojnym głosem.

Ja: Skąd, ty o tym wiesz?

Zdziwiona.

Ja: Przecież nic nie mówiłam, a przynajmniej nie przy braciach …

Zdezorientowana.

Kasumi: Widać, nikt ci nie powiedział, że już ktoś cię pilnuje, ale z cienia.

Chichocząc mimo woli.

Ja: ŻE CO?!

Teraz to już huknęłam niczym grom o.O Kasumi zatkał uszy, i lekko nim zarzuciło, bo praktycznie wrzasnęłam mu do uszu, bo stałam przed nim.

Kasumi: Aua! Moje uszy!

Zupełnie nie słysząc przez kilka minut.

Ja: No nie! Najpierw Matt, a teraz Kas. Jestem sadystką!

Załamując ręce.

Ale to co powiedział Kasumi, dobiło mnie zupełnie. Ale z drugiej strony parę rzeczy już się zaczynało wyjaśniać.

Ja: Wiesz co, Kas, ja pójdę do pokoju obok, się ubrać, a ty tutaj poczekaj.

Przechodząc koło Kasumi’ego. Lawirując miedzy szafkami.

Kas: Nie ma sprawy, poczekam.

Siadając znów na krześle, uważając by nie pognieść sobie spódnicy.

Minęłam go, bez słowa. Wyszłam z pokoju i ruszyłam do pokoju obok.

Poszłam do swojej garderoby. Światło było zgaszone, jak weszłam. Cicho weszłam do środka, zamknęłam za sobą drzwi i po ciemku wymacałam kontakt i zapaliłam światło.

Wszystko było na swoim miejscu, nic podejrzanego nie widziałam. Spokojnym krokiem podeszłam do jednej z szaf, i ją otworzyłam. Stałam tak z 5 minut, nie mogąc się zdecydować, co na siebie włożyć.

W końcu zrezygnowana sięgnęłam po zestaw pierwszy z brzegu. Wzięłam ciuchy i poszłam ściągać mój kochany dres.

Minęło 15 minut, i byłam gotowa i zwarta do opuszczenia garderoby.


Usiadłam przy toaletce i zabrałam się za dokończenie stroju wpinając we włosy róże.
Gdy tylko wpinałam drugą czarną różę we włosy, usłyszałam, że coś się przewraca, za kotarą, przy oknie.

Ja: Co do jasnej Anielki!

Lekko wkurzona, bo źle wpięłam różę. Gdy ją poprawiłam, ruszyłam w kierunku, którego usłyszałam łomot. Wówczas zobaczyłam czarny jak smoła cień, który szybko uskoczył w kierunku najciemniejszego miejsca w garderobie.

Ja (cicho): Tego mi jeszcze brakowało, żeby moja garderoba była nawiedzona. 

Nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać, i czy bardziej wrzeszczeć. Postanowiłam jednak nie krzyczeć, i wzięłam sprawę w swoje ręce.

Stwierdziłam, że i już za dużo polegam na innych ludziach, a najmniej na samej sobie. Zebrałam całą swoją odwagę, i przy okazji wzięłam jedną z moich parasolek, jako broń bitewną, na wszelki wypadek.

Biorąc ją, zaczęłam się skradać w tym kierunku. Wyglądało to dość komicznie, bo kto przy zdrowych zmysłach by się skradał po własnej garderobie niczym włamywacz, albo inny idiota?

Ale o tym już nie myślałam, bo to nie było priorytetem na ten moment. Kiedy się zbliżyłam, zobaczyłam znów ruch czarnego cienia. Nie myśląc za długo, skoczyłam w jego kierunku.

Myślałam, że upadnę na podłogę, ale zamiast paść na podłogę, poczułam, że upadłam na czymś miękkim, ciepłym, i oddychającym do kompletu.

Chwila moment … Pomyślałam ODDYCHAJĄCYM!?

Ze zgrozą, powoli zaczęłam otwierać oczy. Nie chciałam tego robić, ale nie miałam innego wyjścia, bo jak miałabym się dowiedzieć co to jest?

To, co ujrzałam zszokowało mnie jeszcze bardziej. I oczy zrobiłam jak talerze obiadowe, i mowę odjęło mi na minutę jak nie więcej.

Przed sobą i to kompletnie z bliska, bo leżałam na nim, zobaczyłam burzę blond loków, cudownie błękitnych niczym niebo parę oczu, okraszonych rzęsami i o cudnie kuszących ustach, nie wspominając. Nie mówiąc o makijażu. 

 

Ja(w myśli): Cholera! Znowu to samo?! Facet czy baba? O to pytanie.

 

Osoba była z lekka zszokowana, bo nie myślała, że tak łatwo ją złapię.

Zaraz potem, z piskiem sturlałam się z niego, bo zorientowałam się, że to facet.  Pięknym stylem wylądowałam jak kot pod szafą, trzymając parasolkę niczym miecz.


Ja (sycząc przez żeby): Kim ty jesteś, i co tu u diabła robisz!

Będąc gotowa do bitwy.



Wtedy usłyszałam jego nieziemski głos.

Setsuna: Najpierw się na mnie rzucasz. Potem mnie całujesz, a teraz się pytasz, kim jestem? Ciekawa metoda, nie ma co.

Podnosząc się. I podchodząc do mnie.



Ja  (w myśli): Cholera, czy on przypadkiem nie jest w klubie z Kasumi’m, bo ciuchy dość, podobne. I widać jak na dłoni, że to pieprzony cross-dresser …

Ja (na głos): Nie zbliżaj się do mnie, ty paskudna zmoro!

Wyciągając przed siebie parasolkę niczym miecz.



Setsuna: Przestań, nic ci nie zrobię, gdybym chciał, już dawno bym ci coś zrobił, ale miałem cię pilnować tak, abyś o tym nie wiedziała. Lecz ten durny Kasumi ci o tym powiedział. Porachuję się z nim później. 


Kucając przy mnie, i zabierając mi parasolkę z rąk.



Setsuna: To ci nie będzie potrzebne, uwierz mi. A tak poza tym jestem Setsuna.

Przedstawiając się.



Ja: Miło mi, ale teraz to oby dwóm dokopię, jak tylko bracia wrócą do domu.



Nie byłam przekonana, co do niego.

Setsuna: To raczej Kasumi’emu dokopią, bo o mnie wiedzą, ale mieli nic tobie nie mówić.



Uśmiechnął się, i mi się nogi ugięły z wrażenia.


Ja: Ty pięknisiu, nie zbliżaj się do mnie!

Odsuwając się, a on się przysuwał.



Zaraz potem Setsuna padł jak długi, a za nim stał Kasumi, z najnowszym wydaniem Gothic & Lolita Bible, którym mu w głowę przywalił.

Kasumi: Przepraszam, że użyłem twojego magazynu, ale nic ciężkiego nie miałem obecnie pod ręką. Wszedłem w odpowiednim momencie, bo inaczej ten pieprzony flirciarz, jeszcze by coś ci zrobił. Nie wierzę, że jego też ojciec zatrudnił.

Pomagając mi wstać.



Ja: Co ty nie powiesz?

Z ironią w głosie.

Ja: I czemuś ty mi nic nie powiedział, do jasnej cholery! I odłóż mój magazyn, tam, gdzie go wziąłeś!



Bardziej przejęłam się magazynem, a nie tym, że jakiś przystojniak chciał się do mnie dobrać. To już zaczynało być dziwne o.O



Kasumi: Dobrze, już dobrze, odkładam …

Nie dokończył, bo nagle nad sobą, zobaczył burze blond loków.



Kasumi: Cholera! Blond loczek się wkurzył.
Ze śmiechem w oczach.



Setsuna: Ja ci dam „Blond Loczek”, a zobaczysz rudego!


I zaczął ścigać Kasumi’ego po mojej garderobie. I do kompletu jak na złość obaj mieli platformy i obcasy.



Stuk, stuk, tyle co słyszałam, bo tak szybko biegali, że tylko smugę czarno-srebrną widziałam. 
Po jakiś 20 minutach dostałam szewskiej pasji, bo kto by to wytrzymał.



Ja: USPOKÓJCIE SIĘ DO JASNEJ CHOLERY, BO MNIE ZARAZ SZLAG TRAFI! ILE DO DIABŁA MACIE LAT BY TAK SIĘ GANIAĆ JAK MAŁE DZIECI!

Łapiąc ich obydwu w locie za frak, co spowodowało, że obaj na siebie wpadli, całując się przez przypadek.



Kasumi & Setsuna: Ohyda!

I zaczęli się wycierać.



Ja: No wreszcie spokój.

Puszczając ich na podłogę.



W momencie, gdy to mówiłam, usłyszałam dzwonek do drzwi, i głos gosposi.

Gosposia: Już idę!



Ja : O nie! Wrócili!

I spojrzałam się ze zgrozą na Kasumi’ego i Setsunę.



Ja: Teraz to się dopiero zacznie, nie ma co!

Pełna przerażenia.



Kasumi & Setsuna: Co ty nie powiesz, my sweet darling!

Nadal siedząc na podłodze.

 

CDN.

 

___________________________________________

Kolejny rozdział możliwe we wtorek, ale nie jestem w pełni pewna. Mam nadzieję, że rozdział się podobał :)

sobota, 01 lutego 2014

W końcu nie wiedziałam co się właściwie dzieje. I skąd ten głos dobiegał. Wokół mnie zrobiło czarno, nie widziałam ani moich przyjaciółek, ani braci. Za to czułam jak ktoś mną ostro potrząsa. Straciłam przytomność, tak sądziłam, ale było zupełnie inaczej niż myślałam. 


Otóż właśnie się ocknęłam. Z impetem usiadłam na materacu. Nokautując Michiyo, która próbowała mnie obudzić. I nie tylko mnie, jak się potem zorientowałam.

Zobaczyłam też gosposię, która miała przerażoną minę, jakby zobaczyła co najmniej ducha. Postanowiłam wreszcie się odezwać.

Ja: Co tu się właściwie dzieje? Gdzie ja jestem?
Lekko skołowana. Sadowiąc się lepiej.

Michiyo: Oh, wreszcie, już myślałam, że się nie obudzisz!

Uradowana widząc, że się obudziłam.

Ja: Jak to się obudzić? Nie rozumiem.

Teraz to już na pewno nie kumałam o co chodzi. Jeszcze chwilę temu byłam w jakimś ohydnym zamczysku, a tu nagle jestem w salonie w swoim domu. I Michiyo mi mówi, że się dopiero co obudziłam.

To już naprawdę nie trzymało się całości.

Ja: A gdzie są moje przyjaciółki? A gdzie bracia?

Zaczęłam energicznie rozglądać się po salonie. I wcale nie widziałam swoich przyjaciółek, i to zaczęło mnie denerwować jeszcze bardziej, niż na to wyglądałam.

Michiyo: Jakie przyjaciółki? Nikogo, poza tobą, i twoimi braćmi nie było więcej w domu.

Widząc, że coś mi nie pasuje.

Ja: Ale przecież miałam się dzisiaj spotkać z Akane, Misą i Yukari, w sprawie projektu na zajęcia z fotografii …

Dalej drążyłam temat.

Michiyo: A, to dopiero jutro masz spotkanie. Dzisiaj jest sobota. Jakieś 2 godziny po tym jak wasza 3 była już w domu. Nagle w domu zrobiło się ciemno. Gosposia wyszła na chwilę bo zapomniała czegoś do obiadu, i kiedy wróciła, leżeliście na podłodze jak spetryfikowani co najmniej. Nie wiedząc co ma robić, wybrała pierwszy numer na chybił trafił. Dlatego tu jestem.

Tłumacząc co się dzieje.

Dopiero teraz zorientowałam się, że mam opatrunek na palcu. I to się stało niedługo po tym jak sobie, uroczo go prawie odcięłam. Ale nadal nie kumałam, co, jak i w jakim celu to się stało. I do kompletu, czemu to było aż tak realistyczne, i co to miało dać?

Ja: Jak to dopiero jutro?! Co do jasnej Anielki?!

Wrzasnęłam niekontrolowanie, w połączeniu z wybuchem niekontrolowanej złości. Bo jak by nie patrzeć, to wszystko wyglądało tak, jakbym to sobie wszystko w cholerę wymyśliła, co najmniej.

Michiyo: A co myślałaś, że dzisiaj?

Zdziwiona moim iście dziwnym zachowaniem. I nie wiedząc co ma w sumie powiedzieć.

Ja: Tak, właśnie mówię, że to miało być dzisiaj. Dlatego też nie rozumiem, co tu się właściwie dzieje …

Miałam już dość tej całej sytuacji. Ale co na to poradzić? Sama już nie wie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć.

Michiyo: Moim zdaniem, albo wasz ojciec próbował was sprawdzić, albo na serio wróg chciał was zabić we śnie … Ale po tym co mówiłaś, robi jeszcze bardziej się dziwnie … Sama już nie wiem, co o tym myśleć.

Pomogła mi wstać z futon’u rozłożonego na podłodze. 

Ja: Ja też chciałabym się dowiedzieć, o co tym wszystkim chodzi. Ale widać jak na razie nie będzie nam to dane. Ten sen był za bardzo realistyczny. Jeszcze do tej pory czuję drgawki po wylądowaniu materacu usytuowanym na ścianie…

Lekko kręciło mi się w głowie, i nogi mi drżały, ale zaraz wszystko się uspokoiło. Lecz to wszystko jakoś mi nie przeszkadzało. Ważniejsze było to, by dowiedzieć się kto za tym wszystkim stoi i czego od nas chciał.

Jednakże jak na razie się tego nie dowiem. Było już grubo po 23. Stwierdziłam, że nie ma sensu dalej się wkurzać. I tak tego nikt nie zmieni. Co ma być to miało być. 

Ja: No cóż, albo ktoś z nas zrobił balona, albo już sama nie wiem …

Powoli idąc do kuchni, gdzie siedzieli Matt i Keith. A gosposia podała talerz z kanapkami.
Michiyo: Sama bym chciała wiedzieć, ale jak się czegoś dowiem, to ci powiem.

Widząc, że już nic mi nie jest.

Ja: Mam taką cichą nadzieję, bo to już wcale śmieszne nie było. Byłam pewna, że to coś chciało nas zabić, i do tego zostały wciśnięte to moje przyjaciółki, które nie powinny brać w tym udziału.

Siadając na wolnym krześle i biorąc, kanapkę z talerza.

Michiyo: Rzeczywiście, coś tu jednak jest naprawdę nie tak.

Keith: Co ty nie powiesz, Michiyo.

Matt: Wolałabyś się nie szwędać po tak ohydnym zamku jak nam się to trafiło.

Między jedzeniem kanapek.

Gosposia: Ale jedno jest pewne, nic jak na razie wam się nie stało, i za to trzeba podziękować bogu.

Zabierając swoje rzeczy.

Niedługo potem Michiyo i gosposia, opuściły dom, zostawiając naszą 3 samych. Coś przeczuwałam, że to dopiero początek ekstra atrakcji jakie nas jeszcze czekały. Ale o tym już wolałam nie myśleć jak na razie, bo dostawałam od tego bólu głowy.

Ja: Dziękuję, za jedzenie, idę teraz do siebie.

Kończąc ostatnią kanapkę, wypijając ostatni łyk herbaty. Odsunęłam się, i wstałam od stołu. Przysunęłam krzesło do stołu.

Matt & Keith: Miłej nocy!

Kiedy wychodziłam z kuchni.

Ja: Wam też to życzę.

Odpowiadając, znikając na górze. Po wzięciu prysznicu, i założeniu ulubionej piżamki, wskoczyłam do łóżka.



Tym razem wzięłam w wersji czarnej z różowymi wykończeniami i kokardkami.

Niedługo potem znów zasnęłam, głębokim snem.

Minęło kilkanaście godzin. Obudziłam się cała rozpromieniona i wyspana. Jeszcze przez chwilę nie myślałam, o wczorajszym dniu.

Wstałam jakby nigdy nic. Jeszcze nie do końca obudzona, podreptałam do łazienki. Jak gdyby nigdy nic, bo to była moja łazienka, weszłam sobie do środka.

Wzięłam prysznic i przebrałam się w szarą wersję kompletu. 



Wyszłam z łazienki, wróciłam do swojego pokoju, ale po 15 minutach stwierdziłam, że zapomniałam opaski na włosy, więc wróciłam się z powrotem. 

Wówczas, to co zobaczyłam, obudziło mnie już kompletnie. Przez pierwszą sekundę myślałam, że mam omamy wzrokowe, ale po tejże sekundzie stwierdziłam, że jednak ich nie mam.

Z początku osoba, którą zobaczyłam nie widziała mnie, bo stała tyłem, i dziękuje za to.

Z tego co wywnioskowałam, miała długie brązowo-rudo-czerwone włosy. I była zupełnie naga.

Będąc w kompletnym szoku, nie mogłam wydusić z siebie ani jednego słowa. Bo co miałam zrobić, miałam tylko dwie opcje: "Wrzasnąć, lub siedzieć cicho, dopóki ta osoba się nie zorientuje". Wybrałam to drugie, bo i tak już miałam dość wrzeszczenia na jakiś czas.

Wtedy ta osoba, odwróciła się w moją stronę, bo sięgała po ręcznik, który wisiał nieopodal mnie, jak na złość. 

Nie zdążyłam wziąć tego ręcznika, bo wtedy zobaczyłam to, czego zobaczyć nie powinnam. Kiedy spojrzałam się w to miejsce, potem tego żałowałam, i stwierdziłam, że będę mieć uraz do końca życia.

Bo tą osobą okazał się facet, a nie tak jak myślałam na początku, że to kobieta ...

I zapanowała niezręczna cisza. Kiedy mnie zobaczył, że go widzę nago, najpierw go spetryfikowało, a zaraz potem pisnął i się zakrył.

Ja: To raczej, ja powinnam piszczeć nie ty, kotku.

Z ironią w głosie, na widok jego zachowania. Podając mu ręcznik.

Ostrożnie wziął ode mnie ręcznik, i się po czubek nosa nim zakrył. Nie wiem jak to zrobił, ale teraz na jego widok dostałam ataku śmiechu.

Kasumi: Nie widziałaś?

Pytając z nadzieją w głosie.

Ja: Wybacz, ale muszę zaprzeczyć, bo właśnie widziałam. Ale jest dopiero przed 9 rano, a wiem, że moi bracia wstają po 9 i nie chcę im zrobić zawału, jak zacznę wrzeszczeć, jakby mnie obdzierano ze skóry. Jestem im to winna po wczorajszym dniu.

Widząc, że się robi jeszcze bardziej czerwony, niż wcześniej. Ale nim się zorientowałam, było już kompletnie za późno.

Kasumi: K-Katuś?!

Robiąc wielgachne oczy niczym spodki.

Ja: Tak, to ja, ale o co chodzi ...

Nie dał mi dokończyć, bo rzucił się na mnie.

Kasumi: JAK JA SIĘ STĘSKNIŁEM! MOJA NAJDROŻSZA!

I pięknym stylem z łomotem otwierając drzwi od łazienki, wylądowałam na chodniczku, w korytarzu.

Ja: CO DO JASNEJ CHOLERY!

Będąc przygnieciona przez niego.

Ja: Nie wiem, o co ci chodzi. I złaź ze mnie, ty zboczeńcu!

Zrzucając go niczym "Usagi w jednym z odcinków Seiyę" z anime "Sailor Moon Stars".

Ten siadł na środku, i się rozpłakał.

Teraz to już opadły mi ręce. Co to za idiota, i co tu właściwie robi. I czemu uważa, że ja go znam ...

Dopiero po kilku minutach przypomniałam sobie.

Ja: O KAMI-SAMA! Kasumi?

Teraz to już nie wiedziałam co mam zrobić.

Ja: Do licha! Nie poznałam cię! Matko!

Próbując go jakoś pocieszyć. Kiedy to robiłam, usłyszałam tupot 2 par nóg.

Ja: O cholera! Bracia! Przestań wyć, tylko rusz tym swoim sexy tyłkiem i chodź za mną, jeśli nie chcesz dostać łomotu.

Kasumi: A czemu to?

Nadal zapłakany.

Ja: W mordę! Pomyśl!

Łapiąc go za frak, ale uważając, by nie ściągnąć z niego ręcznika. Pędem zabrałam go do swojego pokoju. I kiedy bracia postawili nogi na drugim piętrze, jak z trzaskiem zamknęłam drzwi od swojego pokoju.

Sadowiąc go na krześle, powiedziałam.

Ja: A ty się z stąd nie ruszaj, dopóki nie przyniosę twojej garderoby z mojej łazienki, jasne?

Mocno akcentując ostatnie słowo. Kasumi grzecznie nie ruszył się z krzesła. Tylko pokiwał głową na to, że rozumie.

Ja niczym filip z konopi wyskoczyłam z pokoju, przywalając Matt'owi drzwiami prosto w twarz.

Matt: Aua! Mój nos!

Łapiąc się za nos.

Ja: Oh! Wybacz, bracie, nie wiedziałam, że stoisz za drzwiami.

Widząc, że nie jest zadowolony.

Matt (mówiąc przez nos): Mam nadzieję, że nie jest złamany.

Keith: Teraz to już przeszłaś samą siebie.

Ja: Wcale, że nie, to Matt'a wina, że stał pod drzwiami. Przecież wam mówiłam, żebyście nie stali pod nimi, bo możecie oberwać? I co? Jeden z was już się doigrał.

Lekko wkurzona.

Ja: Keith, zabierz brata do szpitala, niech sprawdzą, czy nie ma go złamanego.

Zamykając drzwi od pokoju i zmierzając do łazienki.
A raczej biegnąc do łazienki, by jeszcze sobie nie czegoś nie ubzdurali.

Wpadłam z impetem do łazienki, zabrałam opaskę i wzięłam ciuchy Kasumi'ego, i pędem poleciałam do pokoju.

Po braciach, ani śladu. Za to potem na komórce widniał sm's od Keith'a, że zabiera Matt'a do szpitala, i jak się czegoś dowiedzą, dadzą znać.

Odetchnęłam z ulgą, ale z drugiej strony, żal mi było, że ich tak potraktowałam, ale kto by wiedział. Ale jednak było mi to na rękę, bo jakoś nic nie wiedzieli o Kasumi'm.

Wchodząc do pokoju. Kasumi nadal grzecznie siedział na krześle, jak mu kazałam.

Ja: Proszę, o to twoje rzeczy. A tam w rogu jest parawan, idź się i ubierz za nim. 

Wskazując na parawan w rogu pokoju.

Kasumi: Jak chcesz, myślałem, że jednak nie będę musiał.

Ja: Czyś ty oszalał?! Nie jesteśmy już dziećmi, ani tym bardziej parą, bym cię chciała nago oglądać.

Oburzona zachowaniem jego.

Kasumi: Oj, dobrze, już dobrze, niech ci będzie, ale jednak dasz mi szansę?

Wystawiając łepek zza parawanu.

Ja: Hm... Po żyjemy, zobaczymy, teraz na pewno tego ci nie powiem.

Jedno było pewne, wiedziałam, że coś się dzisiaj zdarzy, ale, że tą niespodzianką będzie moja dawna miłość, tego to się nie spodziewałam. Dodając, że on nic o tym nie wie, i byłam wściekła, bo uczucie, znów wróciło, i tym razem nie uda mi się tego zatuszować. Tak jak mi się to udawało wcześniej.

Kasumi (zza parawanu): Em... Twoi bracia nie widzą, że tu jestem. 

Lekko przerażony.

Ja: Nie mów mi, że to ty jesteś tą osoba, którą ojciec przysłał, by mnie chronić?

Tego to się nie spodziewałam.

Kasumi(ubrany już): Tak, zgadłaś, stwierdził, że ja będę najbardziej odpowiedni, ze wszystkich kandydatów. 

Wychodząc zza parawanu.

Ja: A to z jakiej racji?

Wkurzona.

Kasumi: Michiyo, rozgryzła twoją słabość ...

Miał uśmiech od ucha do ucha, niczym kot z Alicji.

Zamarłam w szoku.

Ja: No nie!

I zrobiłam się czerwona jak cegła.

Chciałam uciec, ale mnie złapał.

Kasumi: Oj, właśnie, że tak, moja najdroższa.

Obejmując mnie od tyłu. A mnie się nogi zupełnie zrobiły jak z waty.

Ja: Kas, puść mnie, proszę cię ...

Próbując się wydostać z jego objęć. 

Kasumi: Czemu, ty zawsze mnie odpychasz!

Wnerwiony, po tym jak się wyrwałam.

Ja: Bo nie jestem pewna, co do ciebie głupku czuję!

Wrzasnęłam niekontrolowanie. I po chwili żałowałam tego co powiedziałam.

Kasumi: Miałem nadzieję, że to powiesz, ale pomijając, nazwanie mnie głupkiem. 

Wnerwiony na śmiesznie.

Ale widziałam w jego oczach, że jednak moje kumpele miały rację, a ja po prostu byłam czystą idiotką, nie widząc, że go swoim zachowaniem i słowami ranię.

Ja: Przepraszam za to co wszystko co ci zrobiłam, byłam idiotką, ale muszę to wszystko przemyśleć na spokojnie, nim podejmę decyzję. 

Patrząc mu w oczy.

Kasumi: Wytrzymałem tyle czasu, to i mogę jeszcze parę dni wytrzymać, jeśli jak dobrze myślę, będzie warto ...

Zrezygnowany, ale nie poddając się złym myślom.

Ja: Ja też tak sądzę, ale z drugiej strony, nie wiem jak moi bracia zareagują, jak cie tutaj zobaczą. Nasze sercowe rozterki to nic, w porównaniu z furią braci.

Teraz to miałam zgrozę w oczach.

Kasumi: Nie bój żaby, będzie dobrze ...

Próbując poprawić mi humor.

Ja: Oby tylko miał rację ...

 

___________________________________________

Kolejny rozdział już jutro, to koniec na dzisiaj :)

Tylko Szliśmy dość dziwnym korytarzem jak dla mnie. Światła wyglądały jakby w ogóle nie trzymały się lamp. Migotały same z siebie. Poruszając się, jakby wiatr nimi igrał. Tylko, że wiatru praktycznie nie było czuć, że się porusza.

Cała ta sceneria z lekka mnie przerażała. Wiedziałam, że jak na razie nieprzyjaciel nie trafił na nasz ślad, ale to nie oznaczało, że mogłam czuć się pewnie.

Moim zdaniem wszystko było nie tak jak powinno. Wszystko było zupełnie na opak. Cały czas przyglądałam się tym lampom, i cały czas coś mi nie pasowało. Dopiero po chwili zorientowałam się, że nie chodzimy po podłodze, lecz odwrotnie po suficie. 

To było wielce dziwne, bo praktycznie było żadnego śladu, że chodzimy głową do dołu. Ten zamek zaczął jeszcze bardziej mnie przerażać. Nie ma co ukryć. Wolałam nie wiedzieć, co jeszcze on w sobie skrywa za tajemnice, i dziwactwa za razem.

Tylko ja jedna zwróciłam na to uwagę, bo reszta jakoś nic nie zauważyła, widać tylko ja się przejmuje takimi drobiazgami, jak chodzeniem po suficie, a nie podłodze. Ale jedno było dość zastanawiające. Jeśli chodzimy po suficie, to dlaczego wszystko wydaje się jakby było na miejscu. 

Zupełnie jakbyśmy tego nie odczuwali, że coś jest nie tak. Zaczęło mnie to denerwować, do takiego stopnia, że nawet nie patrzyłam gdzie idę. Szłam niczym maszyna, nie myśląc, że się poruszam do przodu.

Całą moją uwagę pochłonęło rozmyślanie, dlaczego chodzimy do góry nogami. Nic innego mnie nie interesowało. Wszystko inne jakoś było mi teraz czysto obojętne. Nic nie mogło, nawet gdyby chciało, zwrócić moją uwagę.

Jak dotąd tylko kilka razy zdarzyło mi się coś podobnego. Ale czemu, sama nie wiem. Nie myślałam, ani nie próbowałam o tym później rozmyślać, bo i tak nie było o co. Prawdę mówiąc, nie interesowało mnie to bardzo. To były nich nie warte uwagi epizody. Dlatego o nich nie pamiętałam.

Zupełnie byłam wyłączona, z tego co się wokół mnie dzieje, dlatego też nie usłyszałam, szeptu moi braci, którzy mówili, że teraz musimy się zatrzymać, bo trzeba się zastanowić, jak zejść na dół, ponieważ droga zaczynała się coraz bardziej pochylać do dołu. Niczym, zjazd z górki na sankach.

Niestety moje zmysły zareagowały dość za późno, ale o tym to już nie było warto myśleć, bo i tak nic bym nie zrobiła. Moje przyjaciółki i bracia stali nad pochylnią. Ja zaś z powodu mojego zamyślenia trochę wolniej od nich szłam.

Co spowodowało, że nie jak się zorientowałam było już za późno, i wpadłam ni nich, wywracając ich. I pech chciał, że zjechaliśmy, turlając się na sam dół. Do kompletu narobiliśmy takiego hałasu, że wróg mógł nas namierzyć perfekcyjnie. 

Byłam wściekła na siebie. Nie da się ukryć. Ale co się stało, to się nie odstanie. Tego już cofnąć nie można. Nawet gdybym chciała. Widać tak miało być, a nie inaczej. Może tak właśnie miało być? Kto wie? Ja tego sama nie wiem.

Turlaliśmy się, i turlaliśmy. W końcu z jechaliśmy na brzuchu na sam koniec. Dopiero teraz pisnęłam, bo widziałam jak ściana się coraz bardziej zbliża i zbliża. Jak czegoś zaraz nie wymyślę, rozklaskamy się niczym pomidor na ścianie. A to mi się wielce nie uśmiechało. 

Akane (piszcząc): Ja nie chce umierać!

Yukari (piszcząc): Ja tak samo!

Misa: AAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Keith & Matt: Uspokójcie się!

Prawie wrzasnęli, ale musieli się uspokoić, bo inaczej będzie z nami źle jak nic. 

A to było nieuniknione gdybyśmy, zaraz czegoś nie wymyślili. Moje wewnętrzne „ja” wrzeszczało w środku, że nie chce umierać, nie teraz, bo jeszcze tyle lat przed sobą, i nie ma zamiaru zginąć w tak błahy sposób. 

Zanim zorientowałam się co robię. Poczułam się jakbym weszła w trans. I stałam się zupełnie inną osobą. To było dość przerażające, z mojego punktu widzenia, bo nie panowałam nad tym co robię, ani mówię. A to przeraziło mnie nie na żarty. Pierwszy raz coś takiego miałam. I wiedziałam doskonale, że to mi się wcale nie podoba. Ale nic poradzić teraz nie mogłam.

Zaczęłam wymachiwać rękami, i z moich ust padały dziwne słowa, zupełnie w nieznanym mi języku. Pierwszy raz taki słyszałam. Twierdziłam, że to czysty bełkot, bo nic z tego zrozumieć nie mogłam. Ale to co się potem stało, utwierdziło mnie, że nawet mogę gadać w nie znanym mi języku, byleby mi to uratowało życie.

Szczerze mówiąc, nie widziałam min moich braci, ani przyjaciółek, ale jedno jest pewne, przestali gadać, bo ich to zszokowało. Kiedy znów podniosłam wzrok w kierunku ściany, zobaczyłam, że jest wysłana materacami, jak i podłoga pod nią.

Tego to już naprawdę się nie spodziewałam. Oni również też nie. Z głośnym łomotem wpadliśmy na ścianę. Odbijając się od niej i lądując na materacach pod nią, odbijając się od nich i z łomotem lądując na podłodze.

Najpierw Keith i Matt, potem na nich wpadły po kolei Yukari, Akane i Misa, a ja doprawiłam z całą siłą na sam koniec. No po prostu genialnie, nie powiem. Słyszałam tylko jęki moich braci, którzy zostali przygnieceni do podłogi. A moje wylądowanie tylko pogorszyło to wszystko.

Keith & Matt (synchronizując się): Mogły byście zejść z nas? I tak już czujemy się jak naleśniki.

Yukari: Co wy nie powiecie? A my to jak się czujemy?

Akane: Prawda.

Misa: No właśnie.

Ja: Przestańcie marudzić, tylko się podnieście. Chyba nie chcecie tu leżeć przez całe wieki.

Lekko wkurzona, ściągając moje przyjaciółki z moich braci.

Yukari (uśmiechem na twarzy): No, no, widzę, że się Katuś zazdrosna zrobiła?

Ja: Ja zazdrosna? Nie rozśmieszaj mnie, bo pęknę!

Byłam lekko tym oburzona. To już lekka przesada. A może jednak, gdzieś w głębi serca, byłam, chociaż odrobinkę zazdrosna, ale czemu? To przecież moi bracia, więc w czym problem? Nie wiem sama, to było jak dla mnie za dużo emocji na raz.

Podczas, gdy się sprzeczałam z Yukari, o tym, że wcale nie jestem zazdrosna i że to sobie ona ubzdurała, podnieśliśmy się na nogi. I zaczęliśmy się rozglądać, gdzie nas poniosło. Ten korytarz znów nie przypominał tego co widzieliśmy wcześniej.



Było jeszcze bardziej upiornie niż przedtem. Korytarz się wił i zakręcał w różne strony. Szliśmy, praktycznie z sercem na dłoni, bo nie wiedzieliśmy co nas czeka, za każdym zakrętem.

Matt: Katuś w jakim ty języku gadałaś, nim te materace się pojawiły?

Keith: To dobre pytanie, bo w życiu czegoś takiego nie widziałem, przyznam się bez bicia.

Mieli naprawdę zdziwione miny.

Ja: Ja sama nie wiem, co ja gadałam. Czułam się jakby w transie. To nie byłam ja, to jest pewne, ale kim byłam, tego wam niestety nie powiem, bo sama bym chciała się tego dowiedzieć.

Misa: Ale jak dla mnie to było bezbłędne! Szkoda, że tak się nie zachowujesz podczas szkolnego festiwalu.

Była pełna podziwu.

Ja: Ej, Misa, to już był cios poniżej pasa, wiesz?

Wkurzona z lekka tym co powiedziała Misa.

Misa: Przecież to szczera prawda, prawda dziewczyny?

Zwróciła się do Yukari i Akane.

Yukari: Raczej wolę, jak jest sobą, a nie w transie, bo jeszcze by nas pozabijała, myśląc, że jesteśmy wrogami numer jeden na jej liście.

Matt: Nie wiem, o co wam chodzi, ale pogadacie o tym jak wrócimy, teraz musimy się jakoś z tego labiryntu wydostać.

Był już z lekka wkurzony, bo wydawało mu się, że ciągle chodzimy w kółko. I żadnego postępu widać nie było. I to było dość irytujące, nie powiem.
Nagle poczułam, że coś mnie szarpie za górę sukienki. Odwracam się, a tu nic. I tak z parę razy. To było denerwujące.

Ja: Misa, przestań ciągnąc mnie za sukienkę!

Oburzona tym i to bardzo. Misa zaś podskoczyła, bo się tego nie spodziewała.

Misa: Ale, Katie, ja cię nie ciągnę za sukienkę. Po cholerę bym to robiła?

Lekko zdziwiona tym co powiedziałam.

Ja zaś uparcie stałam przy swoim.

Ja: więc kto mnie szturcha i ciągnie za sukienkę, jak nie ty? Bo tylko ty idziesz za mną …

Teraz to już się zdenerwowałam i to bardzo. Bo wyglądało to jakbym zbzikowała co najmniej. 

Matt & Keith: Przestańcie nasz szturchać, to już jest denerwujące!

Akane: No nie, oni również?

Yukari: Akane, przestań!

Akane: Ale co ja mam przestać?

Cała na szóstka stanęła w połowie drogi, próbując dociec co nas tak ciągnie i szturcha.

Wtedy wszystko wokół nas zaczęło robić się zamazane. Wszystko zaczęła zakrywać mgła i zaczęliśmy słyszeć głos, który nas wołał.

Głos: Matt, Keith, Katie, Yukari, Misa, akane, obudźcie się!

Głos: Cholera, to już przesada … Rozumiem, że chciał sprawdzić, ale to już było nie odpowiednie … Przegiął jak nic …

I nastała kompletna ciemność. Tyle co widziałam, tak jak sądziłam, że widziałam.

CDN.

__________________________________________________________________________

No i wreszcie udało mi się napisać 7 rozdział. Możliwe, że jeszcze dzisiaj pojawi się 8 rozdział. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Chciałam napisać coś śmiesznego, ale stwierdziłam, że napisze to w kolejnym rozdziale, bo tak to by nie miało rąk i nóg. Miłego czytania :)

piątek, 31 stycznia 2014

Kiedy bliźniacy przenieśli nas w inne miejsce i czas. Pewna osoba zmierzała w kierunku lotniska. Była ewidentnie zdenerwowana, ponieważ ludzie na ulicy ciągle się na niego gapili. I to, żeby się tylko gapili, to byłoby jeszcze znośne, ale nie...


Niedługo potem, jakiś ludzie zatrzymali go, mówiąc, czy mogliby zrobić z nim sobie zdjęcie. On na to, że "Nie, nie ma takiej mowy! Żadnych zdjęć! Do diabła! Nie jestem żadnym muzykiem, ani tym bardziej to nie jest żaden cosplay żadnego "Mayu" z Lareine, więc sobie darujcie!"

Zaraz potem wyminął ich i szybkim krokiem przeszedł na zielonym świetle i zmierzał w kierunku lotniska.

Do siebie: Mam już tego serdecznie dość, czemu ci ludzie się na mnie uwzięli, to już zaczyna być chore ... Może tam gdzie lecę, nie będą mnie tak dręczyć ... Katuś już nie długo znów się spotkamy!

Wjeżdżając po schodach.

W tym czasie, ja bracia, i moje 3 przyjaciółki wędrowaliśmy ciemnym, zimnym, upiornym korytarzem.
Wyglądało to identycznie, jak w moim śnie, który od nie pamiętam kiedy, ciągle mi się powtarzał. 

Było to już naprawdę przerażające, bałam się, że jeśli dotrzemy do zakrętu, stanie się coś okropnego. 

Zawsze kończyło się tym, że coś wyskakiwało zza rogu i rzucało czerwonym światłem, i potem z piskiem budziłam się, zlana potem i przerażona paskudnie. To uczucie dość długo się potem utrzymywało. Bałam się, że nagle coś wyskoczy zza rogu i mnie zabije.

Jak dotąd nikomu o tym nie mówiłam, stwierdziłam, że uznają mnie za wariatkę, jeśli im o tym opowiem. Ale teraz tego żałowałam. Modliłam się w duszy, by tak właśnie nie było. 

Widziałam śmierć swoich przyjaciółek, i to, że nic nie mogłam zrobić. Byłam kompletnie bezsilna, bezużyteczna, tylko stałam i patrzyłam jak jedna po drugiej ginie.

Nawet nie zauważyłam, kiedy dwie łzy cichutko spadły mi na kołnierz mundurku. To było straszne, i najgorsze było to, że niedługo się to stanie ...

Chciałam coś zrobić, by temu zapobiec.W końcu odważyłam się szepnąć.

Ja: Keith, Matt, proszę zmieńmy kierunek, nie idźmy tym korytarzem. Bardzo was proszę ...

Głos lekko mi drżał, gdy to mówiłam.

Nagle zatrzymaliśmy się w 2/3 drogi. Bliźniacy odwrócili się w moją stronę. Byli kompletnie zdziwieni. W sumie moje kumpele też.

Keith: Katuś co się stało?

Lekko zdziwiony moją prośbą. 

Ja: Ponieważ od dłuższego czasu miewam sen, który teraz się właśnie sprawdza ... I jak nie zmienimy drogi, to wszyscy poza mną zginą. Ja wcale nie żartuję, już nie raz to co mi śniło sprawdzało się. Dziewczyny mogą to potwierdzić.

Mówiłam poważnym głosem. Nie miałam ochoty na żartowanie sobie, tak jak sobie teraz myśleli moi bracia, bo widziałam ich miny, który oznaczały, że mi za grosz nie wierzą.

I jak tu takich przekonać? Hm... Zastanawiałam się, czy nie wzięli mnie za wariatkę, bo to było całkiem prawdopodobne. 

Yukari: Katie nie żartuje, mówi szczerą prawdę. Zawsze przed różnymi groźnymi incydentami, miała sen, i dzięki temu, nikt w naszej szkole nie ucierpiał z powodu pożaru, lub innych rzeczy. Raz tylko dyrekcja zignorowała jej ostrzeżenie, a potem nastąpiło zawalenie się dachu sali gimnastycznej. To nie było śmieszne. Od tego czasu wszyscy jej wierzą.

Mówiła poważnie do braci.

Matt: Jeśli to prawda, to Keith, lepiej zmieńmy drogę, od początku czułem, że coś może się stać, a Katie tylko mnie w tym utwierdziła w tym przekonaniu.

Wówczas coś usłyszeliśmy. Dochodziło to z końca korytarza. Właśnie z tego końca, do którego zmierzaliśmy.


Keith: Cholera!

Zaklną cicho pod nosem, bo widocznie to co mówili właśnie chciało się teraz stać.

Akane: Co to było?

Przerażona. Chowając się za Misą, która nie lepiej była wystraszona.

Misa: Mam nadzieję, że to był tylko wiatr ...

Próbując sobie to wytłumaczyć.

Ja: Szybko, w tę stronę!

Wskazałam na inny korytarz.

Keith: Jesteś pewna?

Nie był w stu procentach pewny, czy dobrze robią.

Ja: Tak! to lepsze niż zginąć!

Łapiąc braci za frak i robiąc sprint niczym gepard o.O

Dziewczyny poleciały za mną ja wiatr...

Kiedy tylko szybko otworzyłam drzwi na przeciwko nas. Wrzucając braci do środka siłą nosorożca i wpychając dziewczyny też do środka z piskiem zamknęłam drzwi do tego korytarza. I przystawiłam ucho do drzwi.


Tak jak przewidziałam, miało się stać, tak samo jak w moim śnie. Pojawiły się dwie postacie. Szły w naszą stronę, tam, gdzie jeszcze chwilę temu staliśmy.

Usłyszałam dwa głosy.

Głos 1: Mieli tędy iść?! Co do diabła!

Wkurzony na maksa, z tego co było słychać, z t tonu jego głosu.

Głos 2: Jak mogłeś się tak pomylić? Idiota!

Słychać było jak walnął czymś o ścianę, aż się ściany i podłoga zatrzęsły.

Głos 1: Ta mała Boomwoodka nas przechytrzyła! A niech ją! Idziemy dalej, może ich znajdziemy, a wtedy rozprawimy się z nimi raz i na zawsze!

Ruszyli dalej, mijając naszą kryjówkę. Na całe szczęście, tak sobie pomyślałam, wolałam nie wiedzieć, co by było, gdyby nas dopadli.

Misa: Katie miała jednak rację, zabiliby nas, gdybyśmy się nie schowali nim się pojawili.

Yukari: Byłoby z nami kiepsko, gdyby nas dopadli.

Akane: Co wy nie powiecie? Ja mam już tego dość, chce wrócić do domu!

Uroniła kilka łez.

Ja: Wiem, nie tylko ty chcesz, żeby się to już skończyło, ale nie możemy się teraz poddać, musimy walczyć do końca. Ale jedno jest pewne, nie pozwolę, by nikt z moich przyjaciół ucierpiał z mojego powodu. A teraz musimy jakoś się przedostać, do cholernej fontanny, by móc wrócić do domu. Ale nim to zrobimy, musimy ustalić plan wyeliminowania tych dwóch. Wiem tez, że jak ich wyeliminujemy, ten ktoś przyśle kolejny zabójców, na ich miejsce. 

Keith: Masz rację, nie poddadzą się tak łatwo. Na razie nie widzą, że my wiemy, trzeba to wykorzystać, to nasza broń na ten moment.

Matt tylko pokiwał głową na znak, że się zgadza, z tym co powiedział Keith.

Misa: O KAMI-SAMA!

Pisnęła ze strachu.

Matt rzucił się, by uciszyć Misę. Zatkał jej usta, by dalej nie piszczała.

Matt(cicho): Czyś ty oszalała? Chcesz zdradzić nasze położenie wrogowi!

Wściekły jak nigdy dotąd.

Ja, Keith, Yukari i Akane zesztywnieliśmy ze strachu.

Zaraz potem cała nasza szóstka wcisnęła się w ścianę, by tylko przeczekać i nadsłuchując, czy nikt nie idzie w naszym kierunku.

Na szczęście, nikt nas nie usłyszała. Chwała Bogu, bo już miałam okropne wizje, tego co mogłoby się stać.

I dopiero teraz zorientowaliśmy gdzie jesteśmy. Ten korytarz zupełnie nie pasował do tego co widzieliśmy wcześniej. Był oświetlony czerwonym światłem, które biło z czerwonych lamp umocowanych na ścianach.

Widok był nieziemski. Istny teatr cieni i świateł. Jednakże nie mieliśmy czasu by się temu przyglądać, bo wiedzieliśmy, że jeśli się z stąd nie ruszymy teraz, później może być za późno.

Chcąc, nie chcąc ruszyliśmy przed siebie. Dalej okrywając, rzeczy o których inni mogliby tylko pomarzyć.

Przed nami otwarł się korytarz, który jak przypuszczałam strzegł coś co nam pomoże przechytrzyć wroga. I wygrać pierwszą, ale nie ostatnią bitwę o przetrwanie.

 

CDN.

______________________________________________________________________

Kolejny dzisiaj jeszcze, lub jutro wieczorem, bo jadę po telewizor XD